| Naukowi pasjonaci wbrew systemowi |
| piątek, 17 kwietnia 2009 09:29 |
|
Ci pierwsi narzekają na wykłady, czytane z pożółkłych profesorskich skryptów i archaiczność systemu nauczania, ci drudzy - na brak elementarnej wiedzy i zaangażowania studentów. Nie słyszałam jednak ani jednego głosu tzw. "przyszłości nauki polskiej" - tych naiwnych idealistów, którzy, obserwując nielicznych profesorów-pasjonatów, postanowili utknąć w bibliotece na kolejnych kilka lat, by zamienić te 3 literki przed nazwiskiem na 2.
W żadnym wypadku nie chcę dołączać do licznego grona płaczących za PRL-owskim rajem utraconym, ale... W czasach studiów dr Sebesty i większości moich wykładowców ta sama ilość profesorów kształciła ponad trzykrotnie mniejszą liczbę studentów. Rok 1989 przyniósł bowiem nie tylko wolność zakładania instytucji, gdzie każdy może kupić sobie wykształcenie, lecz także urynkowienie państwowych uczelni, na których podaż wiedzy musiała odpowiadać popytowi. Więc dzięki magicznym przelicznikom, pensum, limitom, minimom, ECTS-om - aby nie zwalniać (pracowników), trzeba więcej przyjmować (studentów).
Na swojej stronie internetowe mój wydział (humanistyczny - mam świadomość, iż moja opinia jest reprezentatywna tylko dla tzw. nierozwojowych dziedzin nauki) z dumą obwieścił, iż kształci obecnie niemal 3 tys. studentów i ponad 200 doktorantów na prawie 10 kierunkach. Brzmi dumnie? Owszem, ale spośród nich tylko trójka młodych naukowców z każdego rocznika otrzymuje stypendium. Co - jak łatwo policzyć, oznacza, iż na każdy kierunek przypada rocznie średnio 0,3 młodego, dyspozycyjnego naukowca, mogącego prowadzić zajęcia, a spośród narzekających na słaby poziom studentów tylko 0,5 proc. postanawia coś w tej kwestii zmienić.
Mimo iż profesorowie rywalizują ze sobą o nieoficjalny tytuł najlepszego promotora, inspirują swoich wychowanków do pracy naukowej, dzielą się nieopublikowanymi jeszcze odkryciami, jest nas coraz mniej. Nieliczni pasjonaci, którzy wiedzą, że czeka ich kilka lat ciężkiej bezpłatnej pracy bez jakiejkolwiek gwarancji zatrudnienia, uciekają. Zostają często tylko ci, przeczuwający, że w wielkim świecie korporacji ich łokcie okażą się być zbyt miękkie. Nawet pobieżna analiza tej sytuacji nie wymaga tajemnej wiedzy - trudno przyciągnąć najlepszych managerów do państwowych spółek, objętych ustawą kominową i nie można oczekiwać, że poziom nauczania na uniwersytetach (zwłaszcza państwowych) poprawi się w sytuacji, gdy szansę na niewiele ponadtysiączłotowe (!!!!) stypendium ma 3 spośród 600 absolwentów.
Doktorantka
Dyskusja o studiach
Zaczęło się od opublikowanego w "Gazecie" tekstu Ksero studia, ksero studenci. Dr Antonina Sebesta napisała w nim: "Statystyczny student nie studiuje, nie siedzi w bibliotece, nie wyszukuje wiedzy, ale po prostu kseruje notatki, ściąga opracowania z internetu i przedstawia je jako referat". Te słowa wywołały burzę. Wszystkie dotychczasowe listy na ten temat publikujemy w raporcie Ksero studia, ksero studenci?
Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków
|