| Filiżanka, w której Wschód spotyka się z Zachodem |
| wtorek, 18 sierpnia 2009 11:31 |
|
Zielona herbata trafiła do Europy w XVII wieku, ale jej właściwości zaczęły interesować nas na poważnie dopiero w wieku XX. Ta garść informacji powinna wystarczyć dla miłośników historii, ponieważ wiekowość tego trunku nie jest bynajmniej jedynym jego atutem.
Medykament na miarę cesarza
Thea sinesis, czyli herbata chińska, to napój dla ciała i ducha, lub, jak kto woli, umysłu. Choć starożytni Chińczycy wyznawali boską genezę zielonej herbaty, a jej parzeniu, spożywaniu i kontestacji przypisywali charakter filozoficzny, nieobce im były również jej, rzec można, „organiczne” właściwości. Początkowo była ona medykamentem przeznaczonym wyłącznie dla cesarza, z czasem wyjątkowa łaskawość panującego otworzyła bramy pałacu pozwalając rozpowszechnić się cudownemu naparowi. Zapewniająca spokój i harmonię ducha, prowadząca do prostoty umysłu herbata była „zmysłowym” wyrazem najwcześniejszej chińskiej filozofii, która wiele wieków później zebrana została w reguły tao.
Wyścig hipotez
Chociaż obecnie mało pozostało z rytuału, a jeszcze mniej z przesłania, zielona herbata święci swój renesans. Dzięki zainteresowaniu i badaniom naukowców oraz zapałowi miłośników zdrowego trybu życia, udało się udowodnić to, co cztery tysiące lat temu było oczywiste i dowodzenia niewymagające – substancje zawarte w thea sinesis zapobiegają i leczą. Lista walorów jest długa i wciąż uzupełniana. I wciąż zaskakuje! Obecnie prowadzone są badania nad wpływem zielonej herbaty na redukcję komórek rakowych żołądka; niektórzy twierdzą nawet, że zmniejsza ryzyko zarażenia się wirusem HIV. Do tego dodamy zastosowanie w profilaktyce wielu innych śmiertelnych chorób, właściwości wyszczuplające, upiększające, wzmacniające kości i szkliwo zębów, neutralizujące toksyny… i mamy „superlekarstwo” – panaceum na wszelkie dolegliwości i problemy – zdrowie, młodość i równowagę.
Weź czarkę i liści trzy miary…
Oczywiście nie brak sceptyków; naukowcy niechętnie posługują się w takich przypadkach słowem „lek”. Bądź, co bądź, wywary, napary i inne trunki wciąż zbyt natarczywie kojarzą się z ludowym przesądem i „wiedźmiarstwem”, a choć nikogo nie będzie palić się na stosie, entuzjaści medycyny „naturalnej” wciąż traktowani są jak odszczepieńcy, w najlepszym razie, niegroźni maniacy.
Paradoksalnie, bardziej interesujące i budzące zaufanie wydają się, w świetle takiego nastawienia środowiska naukowego, „duchowe” efekty picia zielonej herbaty. Jakkolwiek banalnym byłoby stwierdzenie, że umysł i ciało oddziaływują na siebie, tak trudno nie zauważyć, że pewne skutki regularnego picia zielonej herbaty wydają się należeć do tych, które nieodparcie odnoszą się do starożytnego podejścia do tego trunku. Jeśli picie naparu z liści herbacianego krzewu ma kulminować w osiągnięciu harmonii ducha, to na pewno pomogą w tym eksperymentalnie potwierdzone właściwości relaksacyjne (długo parzona), ale i pobudzające ducha (krótko parzona), które „płynnie” trafiają do organizmu; zwiększają one koncentracje, pomagają zapamiętywać, niwelują zmęczenie i stres, dodatkowo teina zawarta w zielonej herbacie pobudza wolniej od kawy, ale za to efekt jest trwalszy i dłuższy. Rozdźwięk pomiędzy właściwościami zdrowotnymi a wspomagającymi, choć w zasadzie jedne sprowadzają się do drugich, ma wszelako ważne źródło. O ile choremu na nowotwór pacjentowi można zaproponować herbatę najwyżej jako suplement terapii, bo o zaniechani leczenia mowy być nie może, o tyle dla zmęczonego dniem pracy człowieka lub przygotowującego się na egzamin studenta byłby to eksperyment pozbawiony ryzyka, ale nastawiony na pozytywne efekty.
Ale wciąż tylko eksperyment… A. Mathiesen |
Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.